Otucha dla bojaźliwych

Otucha dla bojaźliwych

Lecz jego żona odpowiedziała mu: Jeśliby Pan chciał naszej śmierci, to nie przyjąłby z naszych rąk całopalenia ani ofiary z pokarmów i nie ukazałby nam tego wszystkiego ani teraz nie objawiłby nam czegoś podobnego.
1 Piotra 2:9-11

Po około pięciu dniach od momentu kiedy odnalazłem Chrystusa, kiedy moja radość była taka, że mogłem tańczyć z radością na samą myśl o tym, że Chrystus był mój, nagle popadłem w smutny stan przygnębienia. Powiem wam dlaczego. Kiedy po raz pierwszy uwierzyłem w Chrystusa, to nie jestem pewien czy myślałem, że diabeł już umarł, ale z pewnością miałem jakiś rodzaj świadomości, że był on tak śmiertelnie zraniony, że nie mógł już mnie niepokoić. I z pewnością rozmyślałem z upodobaniem nad tym, że zepsucie mojej natury otrzymało śmiertelny cios. Byłem przekonany, ze już nigdy nie odrośnie. Myślałem, że stanę się doskonały – liczyłem na to – i wtem spostrzegłem, że stałem się intruzem, a moje złe serce niewiary odchodziło od żywego Boga. Poszedłem więc do tej samej kaplicy Pierwotnych Metodystów, gdzie po raz pierwszy w życiu otrzymałem pokój z Bogiem, poprzez proste głoszenie Słowa. Tekstem był fragment: „Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci?” [Rzym. 7:24]. Pomyślałem, że jest to tekst właśnie dla mnie. Doszedłem właśnie tam – będąc w tym samym nastroju – kiedy posługujący zaczął mówić: „Paweł nie był wierzącym kiedy to powiedział”. Natomiast ja wiedziałem wtedy, że byłem wierzącym, i z kontekstu wychodziło mi na to, że Paweł musiał również być wierzącym. Teraz jestem pewien, że nim był. Człowiek ten kontynuował mówiąc, że żadne dziecko Boga nigdy nie czuje w sobie wewnętrznego konfliktu. Nałożyłem więc kapelusz i wyszedłem.

C. H. Spurgeon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *